AKTUALNOŚCI


Internet: czas na zmiany

FELIETON Wojciecha Orlińskiego

Rozważając prawo autorskie w internecie zbyt rzadko zadajemy sobie pytanie: czemu właściwie internet traktujemy jak jakąś wydzieloną przestrzeń, w której prawo autorskie wygląda jakoś inaczej. Czemu nie wystarcza w nim zwykłe prawo autorskie? 

Odpowiedź wymaga cofnięcia się w czasie do czasów prezydenta Clintona. W 1995 roku Amerykanie skomercjalizowali Internet, z którego przez pierwsze ćwierć wieku mogły korzystać wyłącznie uczelnie, jednostki badawcze i wojsko. Szary obywatel nie miał dostępu, zresztą na niewiele by mu się przydał.

Tymczasem w Europie od kilkunastu lat działały już wtedy komercyjne systemy informatyczne przeznaczone dla przeciętnego obywatela. Najbardziej znanym z nich jest francuski Minitel, unieśmiertelniony powieścią Houellebecq’a „Poszerzenie pola walki”. W Europie używano tych serwisów do tego, do czego dziś używamy Internetu. Przy ich pomocy mieszkańcy Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii mogli zarezerwować hotel, zrobić przelew bankowy, kłócić się o politykę, a nawet wymieniać fantazje erotyczne (jeśli był bohaterem powieści Houellebecq’a, to ostatnie było dla niego najważniejsze).

W Polsce do dzisiaj wśród wielu polityków modne jest traktowanie dzieł kultury jako towarów handlowych. Dla Francuzów czy Niemców to po prostu nie do przyjęcia

Przeciętny Amerykanin nie miał wtedy takich możliwości. To było dla nich upokarzające, bo Amerykanie nie lubią drugiego miejsca. Priorytetem dla ekipy Clintona było więc takie skonstruowanie ram prawnych komercjalizacji Internetu, żeby pozwolił im zająć miejsce pierwsze. To się akurat udało. Bruce Lehman, zajmujący w administracji Clintona pozycję „cara” od własności intelektualnej, zaproponował przyznanie firmom internetowym specjalnych prawnych przywilejów.

To był okres szczytowego zachłyśnięcia się globalizacją. W 1995 roku w wyniku tzw. rundy urugwajskiej stworzono Światową Organizację Handlu (WTO), w miejsce jej poprzednika, Ogólnego Porozumienia w Sprawie Ceł i Podatków (GATT). Przyszłe pokolenia będą to wspominać jako chwilową anomalię, która trwała jakieś dwie dekady. Poprzednia próba globalizacji, czyli runda tokijska z lat 70., zakończyła się porażką – dzisiaj zaś globalizacja ogólnie jest w odwrocie, o czym świadczy choćby upadek transatlantyckiego traktatu o wolnym handlu, TTIP.

Jednym z powodów obecnego odwrotu od globalizacji było uświadomienie sobie w demokratycznych społeczeństwach, że w traktatach o wolnym handlu zapisywane są kwestie, który związek z „wolnym handlem” jest raczej luźny. Należą do nich, niestety, kwestie związane z kulturą.

W Polsce do dzisiaj wśród wielu polityków modne jest traktowanie dzieł kultury jako towarów handlowych. W latach 90. było u nas pod tym względem jeszcze gorzej. Dla Francuzów czy Niemców to po prostu nie do przyjęcia. Tam uważa się, że od kultury jest ministerstwo kultury, a kwestiami handlu czy internetu powinny się zajmować inne resorty.

Niestety, ubocznym skutkiem globalizacyjnych traktatów w Europie jest to, że decydujące zdanie w kwestiach dotyczących kultury ma komisarz do spraw handlu (obecnie: Cecilia Malmström), a nie komisarz do spraw „młodzieży, edukacji, kultury i sportu” (obecnie: Tibor Navracsics). Sama zresztą nazwa resortu komisarza Navracicsa pokazuje rangę, którą Unia przypisuje kulturze.

W latach 90. nie zadawano sobie jednak takich pytań. Dominowała wtedy wiara w hurra-globalizację, jako rozwiązanie wszystkich problemów handlu, kultury, młodzieży i sportu. Dlatego rozwiązania prawne zaproponowane przez administrację Clintona przyjął cały świat – w tym Polska, w tym Unia Europejska (w której wtedy jeszcze nas nie było).

Najważniejszym z przywilejów internetu jest tzw. wyłączenie odpowiedzialności. Zgodnie z nim firmy internetowe nie ponoszą odpowiedzialności za nielegalne treści, o ile reagują na zgłoszenia

Przywileje wymyślone przez Lehmana w Polsce zawarte są w „Ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną”, którą żargonowo skraca się do UŚUDE. Tej ustawy nie można w znaczący sposób zmienić – bo jej treść musi być zgodna z międzynarodowymi traktatami. Najważniejszym z tych przywilejów jest tzw. wyłączenie odpowiedzialności (safe harbor). Zgodnie z nim firmy internetowe nie ponoszą odpowiedzialności za nielegalne treści, o ile reagują na zgłoszenia.

Zauważmy, że podobny przywilej mogłyby dostać 20-30 lat temu także firmy z innej branży. Kiedy Bruce Lehman wymyślał „safe harbor”, popularne były na przykład wypożyczalnie kaset i płyt wideo (dziś już nieistniejące). Gdyby im przyznać ten przywilej, działałoby to tak. Wypożyczalnie oferowałyby pirackie wersje filmów, wierząc swoim klientom na słowo, że własnoręcznie, amatorsko nakręcili „Park Jurajski” czy „Avatara”. Właścicielowi praw autorskich do tych filmów pozostawałoby bieganie po wszystkich wypożyczalniach i polowanie na pirackie kopie, żeby je zgłaszać – i wtedy właściciel wypożyczalni by jedną z nich z namaszczeniem usuwał (pozostawiając, rzecz jasna, wszystkie pozostałe).

Absurd? Ale dokładnie na tej zasadzie działa Internet. Gdyby takie przywileje przyznano 20 lat temu sieci wytwórni Blockbuster, byłaby dziś równie potężna jak Youtube. Ten przywilej jest podstawą działania tego serwisu. Za drobną opłatą właściciel praw autorskich może się dogadać z Youtubem, żeby ten usuwał już nie jedną – ale wszystkie kopie. Tak samo mogłaby robić wypożyczalnia kaset (na przykład usuwać wszystkie pirackie „Parki Jurajskie”, ale zostawiać pirackie „Avatary”, bo Cameron nie uiścił haraczu).

Negatywne skutki uboczne „safe harbor” nie dotyczą tylko piractwa. To jest także bezpośredni powód, dla którego internetowe serwisy dyskusyjne mogą zarabiać na hejcie, nawoływaniu do przemocy, homofobii, antysemityzmie, rasizmie, seksizmie. Wystarcza im listek figowy w postaci „reagowania na zgłoszenia”. Ale kto by miał zdrowie do zgłaszania każdego rasistowskiego komentarza? Co to zresztą da, jeśli usuniemy ten, a inne zostaną? Sam autor tego rozwiązania po latach przyznaje w wywiadach, że dziś by to napisał inaczej. Niestety, napisał właśnie tak, a zmiana tego jest w praktyce niemożliwa.

Przywileje dla firm internetowych są zabetonowane na wieki wieków w międzynarodowym traktacie. Żeby to zmienić, trzeba by znowu zaprosić dyplomatów z całego świata do jakiegoś turystycznego resortu i podczas jakiejś rundy malediwskiej czy rundy seszelskiej odkręcić to, co zepsuła runda urugwajska. To się raczej nie zdarzy. Musimy więc sięgać po prawne protezy. Nałożenie na firmy internetowe specjalnej opłaty nie jest może rozwiązaniem idealnym, ale najlepszym z możliwych. A na pewno najsprawiedliwszym. Skoro bowiem czerpią specjalne przywileje tylko z tego, że działają w internecie – a dzięki tym przywilejom rozrosły się do monopolistycznych molochów – niech chociaż odpłacają się za to społeczeństwu.

—Wojciech Orliński