CZŁONKOWIE


OLGA CHAJDAS / fot. Pola Błasik

Za debiut fabularny otrzymała nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Rotterdamie. Jej krótkie metraże doceniano na festiwalach w Los Angeles i Dublinie. Reżyseruje w kinie, w teatrze i w telewizji. Prowadzi własna firmę produkcyjną Wild Mouse Production.

 

filmpolski.pl

 

imdb.com

 

Wild Mouse Production


Olga Chajdas

Planowała zostać astrofizykiem, ale zamiast na Massachusetts Institute of Technology poszła do Łódzkiej Szkoły Filmowej. Reżyseruje w kinie i w teatrze, ma w dorobku wiele seriali. Za swój pierwszy film fabularny „Nina” otrzymała VPRO Big Screen Award w Rotterdamie. Olgę Chajdas interesują osobiste historie ludzi znajdujących się w przełomowym punkcie życia, momenty transgresji, często związane z Jungowskim „kryzysem połowy życia” pokazywane zawsze w bardzo zniuansowany sposób, uciekając od prostych sądów i oczywistych rozwiązań.

„Nina” to uniwersalna opowieść o miłości, tożsamości i nadziei. O walce o uwolnienie się i bycie wiernym sobie. Piękna wizualnie z długimi i intymnymi ujęciami i wspaniałymi kreacjami aktorskimi – napisało rotterdamskie jury w uzasadnieniu nagrody dla Olgi Chajdas.

Debiutancki film Olgi Chajdas to kameralna historia bezpłodnej, zamężnej nauczycielki w średnim wieku odkrywającej w sobie miłość do młodszej kobiety. Z filmu bije prawda emocjonalna: sceny mijania się ludzi, rozkwitającego uczucia, zawodu, rutyny, seksu, obojętności i buzujących emocji, wszystkie dobrze zgrane przez tercet Julia Kijowska, Andrzej Konopka, Eliza Rycembel, przekonują swoją autentycznością. Jak pisało jury to film uniwersalny, skutecznie wymykający się łatce kina LGBT. Pytana o to jak udało jej się uzyskać tak przekonywujący obraz bardzo skomplikowanych relacji reżyserka odpowiada bez wahania: Ja po prostu lubię ludzi.

Urodziła się w Poznaniu skąd w wieku ośmiu lat razem z rodzicami przyjechała do Warszawy. Już w liceum rozwinęła wielką pasję do astrofizyki, planowała studia w tym kierunku w USA, niestety, a z perspektywy polskiego kina może na szczęście, nie udało się jej uzyskać stypendium naukowego umożliwiającego wyjazd. Kiedy okazało się, że studia w USA nie dojdą do skutku postanowiła skierować się w stronę swojej drugiej licealnej pasji: kina. Było już zbyt późno żeby aplikować na studia dzienne, dostała się na zaoczne studia na kierunku organizacja produkcji filmowej i telewizyjnej w Łódzkiej Szkole Filmowej. Równolegle postanowiła  studiować reżyserię w prywatnej Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie.

Uważam, że Łódź to naprawdę niezła szkoła, ale fachu i tak uczyłam się głównie na planie. mówi Olga Chajdas −  Chwalę sobie doświadczenie studiów produkcyjnych, ponieważ za pewne nadużycie uważam nazywanie siebie reżyserem od razu po wyjściu ze szkoły. Moim zdaniem nie tędy droga. Kiedyś do Łodzi przyjmowano dopiero po innych studiach, z bagażem doświadczeń. To miało sens. Do szkoły przychodziłam z zupełnie z innego świata, nikt z mojej rodziny i najbliższego otoczenia nie zajmował się filmem. − dodaje − Dzięki szkole mogłam poznać wszystkie etapy powstawania filmu. Inna sprawa, że może po prostu trafiłam na ciekawy rok na produkcji, razem ze mną studiował między innymi Tomek Wasilewski.

Nagrodzony w Rotterdamie debiut Olgi Chajdas, „Nina”, to uniwersalna opowieść o miłości, tożsamości i nadziei. O walce o uwolnienie się i bycie wiernym sobie.

Jak sama przyznaje, ukończenie szkoły tytułem magistra było absolutnym i nieprzekraczalnym wymogiem mamy, historyka sztuki. Mimo studiów na dwóch uczelniach, jeszcze jako studentka podjęła pracę na planach filmów i seriali. Najpierw jako asystent kierownika produkcji, potem jako drugi kierownik produkcji, z czasem jako asystent reżysera i drugi reżyser. Przeszła cała drogę organizacyjną filmu zanim znalazła się pionie kreatywnym, od podszewki poznała cały proces powstawania dzieła.

Każdy reżyser powinien przejść przez produkcję, bo wiedza z kim o czym rozmawiać, ile co kosztuje, jakiego wymaga nakładu pracy, sił i pieniędzy jest kluczowa. Miałam zawsze bardzo duże szczęście do ludzi: kiedy zaczęłam studia bardzo szybko podjęłam pracę na planie. Jako asystent kierownika produkcji trafiłam do Jarka Żamojdy. Tam poznałam Mariusza Mielczarka, który właśnie planował pracę przy serialu i zaprosił mnie do współpracy. To z kolei doprowadziło mnie do Maćka Kowalewskiego scenarzysty, aktora, reżysera, mojego wielkiego przyjaciela.

Spotkanie z Maciejem Kowalewskim było dla Olgi Chajdas pierwszym krokiem w kierunku reżyserii teatralnej. Po obejrzeniu jego głośnego spektaklu „Miss HIV” zaproponowała mu, że będzie jego asystentką. Współpracowali przy spektaklu „Bomba”. W warszawskim Teatrze Na Woli, gdzie Kowalewski był dyrektorem, zadebiutowała jako samodzielny reżyser teatralny spektaklem „Ostatni Żyd w Europie” na podstawie dramatu Tuvii Tenenboma. Doskonale napisana sztuka Tenenboma, który żonglując stereotypami raz po raz wywraca nasze myślenie o bohaterach i ich zachowaniach, stawia ważne pytania o poszanowanie inności, potrzebę tolerancji, granice ludzkiej godności. Znakomity dramat o ukrywaniu prawdy, narastającym zakłamaniu, wzajemnych oskarżeniach i osobistym katharsis. Teatr Na Woli wyprodukował sztukę „Ostatni Żyd w Europie”, zabierając głos w dyskusji o antysemityzmie i ksenofobii w związku z 40. rocznicą Marca 1968. − pisano po premierze.

Współpracując z Kowalewskim Olga Chajdas poznała Magdalenę Łazarkiewicz, która wraz z Agnieszką Holland i Kasią Adamik przygotowywały się właśnie do „Ekipy”, pierwszego polskiego serialu political fiction.

W „Ekipie” zaczęłam jako asystent reżysera, przy Agnieszce Holland nauczyłam się bardzo dużo. Ta współpraca trwała jeszcze wiele lat, aż do „W ciemności”, gdzie pracowałam jako drugi reżyser. Olga Chajdas wspomina tę produkcję jako prawdziwą szkołę reżyserskiego życia. „Ogrom pracy. Wtedy powiedziałam, że już nie mogę być więcej drugim reżyserem, bo zbyt dużo mnie to kosztuje. Ta współpraca była dla mnie bardzo owocna, wiele się nauczyłam, zwłaszcza jeśli chodzi o szybkość podejmowania decyzji, doświadczenie, ogólne opanowanie.

OLGA CHAJDAS / fot. Robert Pałka

Została samodzielną reżyserką. Pracowała przy serialach, zarówno ambitnych, chwalonych  produkcjach z czołowymi aktorami jak i przy telenowelach. O serialu mówi jako o szkole rzemiosła, z każdych zdjęć stara się wynieść coś nowego.

Uważam że to był bardzo ważny czas w moim rozwoju. Zarówno te dobre seriale jak i złe. Przez parę miesięcy robiłam serial „Ukryta prawda”, nie wstydzę się tego. To była dobra szkoła. Tam wymóg formatu był taki, żeby każdą scenę zainscenizować w jednym ujęciu. Materiał miał wyglądać jak dokument, bardzo wiarygodnie. To było dla mnie bardzo ciekawe ćwiczenie. Do dziś czuję, że takie sceny to moja silna strona. Były też „Barwy szczęścia”, gdzie z kolei miałam do zrobienia kilkanaście scen na dzień zdjęciowy. Absolutnie nie było miejsca na pomyłki, wszystko musiało być perfekcyjnie przygotowane. Z tym akurat nie miałam problemu to chyba ta poznańska krew (śmiech). Potem, co bardzo sobie chwalę, miałam możliwość pracy przy lepszych serialach Głębokiej wodzie”, „Uwikłanych”, teraz pracuję przy serialu „Za marzenia” w perspektywie mam prace nad nowymi ciekawymi projektami telewizyjnymi. Świat seriali bardzo się zmienił, bardzo zbliżył się stopniem profesjonalizmu  rozmachem do kina.

Równolegle zrealizowała swój pierwszy dokument. „O rzeczy tajemniczej” opowiada o profesorze Andrzeju Sobolewskim, naukowcu badającym zjawiska zachodzących w wiązaniach wodorowych. To ukłon w stronę dawnych pasji naukowych, a także przewrotny pomysł na pokazanie kolorowego świata nowoczesnej nauki w czerni i bieli. Mimo, że miło wspomina ten film, nabrała przy nim pewności, że dokument to nie jej droga. Woli kreować niż odtwarzać. W 2011 roku rozpoczęła pracę nad scenariuszem do „Niny” planowanej jako jej pełnometrażowy debiut. Projekt rozwijała w ramach Studia Prób w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy, gdzie powstała etiuda: dwie sceny z aktorami.

Bardzo długo wzbraniałam się przed krótkim filmem. Uważałam, że mam przecież gotowy scenariusz do „Niny“, że zaraz będę robić fabułę, nie ma co pracować nad krótszymi formami. To poczucie, że zaraz będę rozbić fabułę przeciągało się jednak przez parę lat… Tymczasem jeden z operatorów serialu „Barwy szczęścia”, Jacek Szatański, kończył właśnie szkołę i poprosił mnie o wyreżyserowanie jego dyplomu operatorskiego. Zgodziłam się. Film nazywał się „3 x MIŁOŚĆ”. Jacek pokazał mi tekst, który miał: trzy sceny, niby takie same, ale końcówka była za każdym razem inna. Pomyślałam, że ciekawie byłoby gdyby to była ta sama para i ta sama scena. Para mówi prawie dokładnie ten sam tekst ale w innych momentach swojego związku. Co innego znaczy ważna rozmowa, kiedy się jest świeżym paromiesięcznym związkiem, co innego kiedy jest się razem parę lat i jeszcze co innego, kiedy się jest lata po tym, kiedy przestało się ze sobą szczerze rozmawiać. To było ciekawe ćwiczenie. Film dostał się na festiwale i otworzył przede mną różne drzwi. Wtedy przekonałam się, że filmy krótkie też warto robić (śmiech).

Zawsze bardzo interesowały mnie postaci, które w nieoczywisty sposób przechodzą na drugą stronę. Specjalnie nie pokazywałam momentu zabójstwa, tylko właśnie to co dzieje się z bohaterką dzień po. To ta chwila wydała mi się bardziej ciekawa niż sam akt zbrodni – mówi o swoim krótkim metrażu „Kobieta budzi się rano”

Chajdas poszła za ciosem. Czekając na pełnometrażowy debiut przygotowała 15-minutową fabułę „Kobieta budzi się rano”. To intrygująca historia kobiety, która bez większego powodu morduje męża i małą córkę. Potem dobrowolnie oddaje się w ręce policji. Chajdas stosuje w tym filmie bardzo ciekawy zabieg dramaturgiczny: akcję filmu rozpoczyna rano po zabójstwie. Co stało się wcześniej odsłania w krótkich retrospekcjach, kluczowe momenty kryje jednak w przestrzeni poza-kadrowej, sceny ucina tuż przed kulminacją.

Te dwa krótkie filmy pokazują dobrze zakres zainteresowań twórczych reżyserki: osobiste historie ludzi znajdujących się w przełomowym punkcie życia, momenty transgresji, często związane z Jungowskim „kryzysem połowy życia” pokazywane zawsze w bardzo zniuansowany sposób, uciekając od prostych sądów i oczywistych rozwiązań, szukanie drugiego, a czasem nawet trzeciego dna.

Zawsze bardzo interesowały mnie postaci, które w nieoczywisty sposób przechodzą na drugą stronę. Specjalnie nie pokazywałam momentu zabójstwa, tylko właśnie to co dzieje się z bohaterką dzień po. To ta chwila wydała mi się bardziej ciekawa niż sam akt zbrodni. Celowo nie chcę zdradzać powodu. To zawsze wygląda trywialne: mąż był zły, dziecko krzyczało. A przecież taki drastyczny krok to zawsze jest coś ulotnego, nie do wyłapania. Istotne jest dla mnie także to, że ta druga strona, najbliżsi, tego nie widzą, nie przeczuwają. Tak jest w filmie „Kobieta budzi się rano“ i tak jest w „Ninie”.

OLGA CHAJDAS / fot. Robert Pałka

Ważnym elementem filmów Olgi Chajdas jest przestrzeń, w której odbywa się akcja. To ona obok wzajemnych relacji między aktorami buduje świat przedstawiony. Przestrzeń także opowiada historie, pcha narrację do przodu. Widać w tym dawne zamiłowanie do fotografii artystycznej, z której Chajdas nadal czerpie inspiracje i tropy wizualne do swoich filmów. Często podkreśla, że nie jest typem intelektualnym, bardziej kieruje się instynktem, emocjami. Przy pracy nad pełnometrażowym debiutem konsekwentnie czerpała ze swoich doświadczeń teatralnych. Ponieważ ceni sobie moment pracy z aktorem, wykuwania się pomysłów, dużą uwagę przykłada do pracy nad tekstem. W przypadku Niny” do współtworzenia ostatecznej wersji scenariusza zaprosiła kreującą tytułową rolę, Julię Kijowską. W pisaniu scenariusza uczestniczyła też scenarzystka Marta Konarzewska.

Mam świadomość tego, że reżyser i scenarzysta to dwa różne zawody, ale lubię uczestniczyć w procesie pisania. Chcę żeby te historie były moje chcę je znać od podszewki, wiedzieć w jakim kierunku idą. Gdzie historia powinna się rozwijać. Cenię sobie współpracę z Martą Konarzewską, oraz proces przez który przeszłyśmy z Julią.

Ale po „Ninie” chce sobie zrobić przerwę od pisania. Obok dalszych planów reżyserskich będących na wstępnym etapie, ma ambitne plany produkcyjne. W swojej firmie Wild Mouse Production, chce wspierać twórców kręcących kino artystyczne, marzy jej się model producenta-partnera, osoby która wspiera proces twórczy, inspiruje i otwiera drzwi. Wild Mouse pracuje teraz nad fabularnym filmem „Zima pod znakiem wrony” na podstawie opowiadania Olgi Tokarczuk „Profesor Andrews w Warszawie”, rozpoczynających się w noc wybuchu stanu wojennego perypetiach brytyjskiego naukowca, o którym, w obliczu politycznej katastrofy kraju, wszyscy zapomnieli.

— Tomasz Kolankiewicz
Filmografia

2018 Nina (film fabularny)

2018 Za marzenia (serial fabularny)

 

2017 Kobieta budzi się rano (film krótkometrażowy)

 

2016 3 X MIŁOŚĆ (etiuda szkolna)

 

2015 Uwikłani (serial fabularny)

 

2011-2013 Głęboka woda (serial fabularny)

 

2012 – 2016 Ukryta prawda (serial paradokumentalny)

 

2011 Nina (etiuda szkolna)

 

2008 O rzeczy tajemnej (film dokumentalny)

 

2007 – 2018 Barwy szczęścia (serial fabularny)

Nagrody
2018 Nina

Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Rotterdamie –  VPRO Big Screen Award

2016 3 X MIŁOŚĆ

Los Angeles Independent Film Festival – Best Ensemble Cast
Los Angeles Independent Film Festival – Best Female Filmmaker
California Women’s Film Festival w Encino – Nagroda dla najlepszego filmu zagranicznego
Short Film Festival „Oddalenia” w Dublinie – Grand Prix