CZŁONKOWIE


fot. Wojciech Suleżycki

Jego najnowszy film „Zwierzęta” był rewelacją w sekcji Forum Berlinale. Poprzedni, nagrodzony w Gdyni „Wymyk”, uznano za najważniejszą w polskim kinie wypowiedź na temat zła od czasu „Krótkiego filmu o zabijaniu” Kieślowskiego. Tworzy w Polsce i w Szwajcarii.

filmpolski.pl

imdb.com


Greg Zglinski

Mówi , że jest i Polakiem, i Szwajcarem –  w tym samym stopniu. Przyznaje się do fascynacji Bergmanem, ale chętnie opowiada, jakie wrażenie wywarło na nim „Imperium kontratakuje”. Po „Wymyku” porównywano go z Kieślowskim, ale w „Zwierzętach” bliżej mu do Davida Lyncha. A na dodatek marzy o komedii. Oto Greg Zglinski mistrz wymyku.

Do Szwajcarii trafił, gdy miał lat dziesięć i pozostał tam przez kolejne półtorej dekady. Mieszkał niedaleko Zurychu, tam spędzał najwięcej czasu i powoli wrastał w kraj, który stawał się jego miejscem na Ziemi. Tam za jakiś czas zrealizuje swój pierwszy film pełnometrażowy „Cała zima bez ognia”. Do Szwajcarii trafią też bohaterowie jego najnowszego obrazu „Tiere” („Zwierzęta”), w którym kraj przedstawiany w folderach jako oaza kapitalistycznego spokoju nie ma w sobie niczego z idylli.

Zglinski przyznaje, że jego dorosła świadomość kształtowała się w Baden, niedaleko Zurychu. Pytany o usposobienie Szwajcarów zaznacza, że typowy dla nich spokój coraz częściej pęka, że żyją w lęku, by dobrobytu, do którego dawno się przyzwyczaili, nie stracić. Tym bardziej, że Szwajcaria nie jest w Europie Zachodniej wyjątkiem − również tam widać oznaki kryzysu i recesji. Ślad tej narastającej niepewności noszą w sobie bohaterowie „Zwierząt”.

Związki Grega Zglinskiego ze swoją drugą ojczyzną nie ulegają rozluźnieniu. Autor „Wymyku” pracował tam przez ostatnie lata w komisji oceniającej scenariusze i przyznającej pieniądze na realizacje filmów. W ten sposób trafił na historię opisaną w „Zwierzętach” − dzieło Joerga Kalta, jednego z bardziej znanych szwajcarskich filmowców. Tekst zrobił na reżyserze ogromne wrażenie. Wkrótce okazało się, że Kalt nie żyje. Parę lat później producenci Zglinskiego skontaktowali się z jego bratem, a ten dał zgodę na realizację filmu.

Po premierze „Zwierząt” na Berlinale krytycy pisali, że Zglinski umie zbudować na ekranie atmosferę jak z sennego koszmaru, gdzie Kubrick spotyka się z Davidem Lynchem

„Zwierzęta” powstały jako koprodukcja szwajcarsko-austriacko-polska (z udziałem firmy Opus Film i Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej). Dodać należy, że Zglinskiemu udało się zebrać przed kamerą obsadę złożoną z samych wybijających się aktorów niemieckiego obszaru kulturowego. Birgit Minichmayr znają z wiedeńskiego Burgtheather wszyscy teatromani. Aktorka ma na koncie również występy w „Białej wstążce” Michaela Haneke oraz „Wszystkich innych” Maren Ade. W Polsce oglądaliśmy ją podczas gościnnych występów Burgu ze spektaklami „Noży w kurach” i − całkiem niedawno − „Płatonowa” w wybitnej inscenizacji Alvisa Hermanisa.

„Zwierzęta” pokazywano w sekcji Forum tegorocznego Berlinale, gdzie spotkały się ze znakomitym przyjęciem. Krytycy wskazywali, że Zglinski umie zbudować na ekranie atmosferę jak z sennego koszmaru, gdzie Kubrick spotyka się z Davidem Lynchem, dołączając jeszcze Romana Polańskiego. To prawda, „Zwierzęta” wiele mu zawdzięczają, zwłaszcza gdy idzie o stworzeniu nastroju osaczenia, dotykającego zarówno ludzi na ekranie, jak i nas, widzów.

Wszystko to dzięki pozornie banalnej historii dwójki Wiedeńczyków Nicka i Anny, poszukujących ożywienia w swym małżeństwie w zaplanowanym na pół roku pobycie w Szwajcarii. On w lokalnej kuchni ma szukać patentów dla prowadzonej przez siebie restauracji, ona zamierza w pełni poświęcić się pracy nad dawno odkładaną książką. Już w drodze jednak na ich szlaku stają… zwierzęta, a ściślej mówiąc owca, przed którą Nick nie zdąży wyhamować samochodu. Od tej chwili atmosfera gęstnieje, a cały film staje się zagadką trudną do pojęcia i do rozwiązania. Mnoży pytania, nie dając odpowiedzi. Do samego finału.

Uważam, że film jest wyjątkowo wdzięcznym medium, za pomocą którego można opowiadać sny ‑ mówi Greg Zglinski. Zacieranie się granicy między rzeczywistością a fantazją szalenie mnie fascynuje. Otarłem się o to zagadnienie w kilku projektach realizowanych jeszcze przed pójściem do szkoły filmowej oraz w moim filmie dyplomowym.

Owe projekty miały miejsce jeszcze przed powrotem Grega do kraju. W 1987 roku, jako niespełna dwudziestolatek, dostał na festiwalu Grand Prix Objectiv dwie nagrody za krótkie metraże „Rummel” oraz „Outtime”. Sukces powtórzył również dwa lata później dzięki filmowi „Confusion”. „Sputnik” (1992) doceniono z kolei na festiwalu w Lucernie. W środowisku artystycznym Zurychu Zglinski był znany już wcześniej jako basista i gitarzysta kilku kapel rockowych.

W debiutanckiej „Całej zimie bez ognia” pokazał, że ma wyjątkową zdolność, by w mikroskali ukazywać zjawiska, do opisania których socjologowie potrzebują sążnistych opracowań.

W Szwajcarii przygotował też pełnometrażowy debiut „Cała zima bez ognia”. To historia mieszkających na górskiej farmie Jeana i Laury Rochardów, którzy nie mogą otrząsnąć się z traumy po tym, jak w pożarze zginęła ich pięcioletnia córka. Jean zatrudnia się w fabryce, gdzie nawiązuje znajomość z Labinotą (Gabriela Muskała), która przybyła do Szwajcarii z Kosowa. W „Całej zimie bez ognia” Greg Zglinski pokazuje, że ma wyjątkową zdolność, by w mikroskali ukazywać zjawiska, do opisania których socjologowie potrzebują sążnistych opracowań.

Nie od rzeczy powtarzał też zawsze, iż klucza do swej twórczej drogi szuka zawsze we wszechstronności i rozległych zainteresowaniach. Przyznaje się do fascynacji Bergmanem, ale chętnie opowiada, jak wielkie wrażenie zrobiło na nim „Imperium kontratakuje” − najbardziej mroczna część Gwiezdnej Sagi. Wśród mistrzów, od których uczył się kina, wymienia też Stevena Spielberga. W „Wymyku” wprost nawiązywał do „Pojedynku na szosie”, wczesnego dzieła autora „Indiany Jonesa”.
W świecie filmu Zglinski znany jest nie tylko jako reżyser, ale również scenarzysta. Natomiast jego talent do tworzenia dźwiękowych pejzaży i niecodziennych efektów wykorzystał niegdyś Mariusz Grzegorzek w „Królowej aniołów”. Wystarczy jednak obejrzeć „Wymyk”, aby przekonać się, że fonosferą opowiada się tam równoległą historię.

Może z chęci określania samego siebie cały czas na nowo wynikła fascynacja artysty dokumentem. Znać ją było w etiudach realizowanych przez Zglińskiego w łódzkiej Szkole Filmowej, a przede wszystkim filmie „Pokonać górę” – portrecie Tadeusza Łukajtysa, polskiego alpinisty, aktywnego w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku, który podczas jednej z wypraw w Himalaje stracił wszystkie palce u rąk i nóg. Po długotrwałej rehabilitacji w trakcie wspinaczki z synem w Tatrach doznał kolejnego makabrycznego wypadku. Jego życiowa droga stała się dla młodego twórcy ucieleśnieniem mitu Syzyfa.

Najbliższy czas ma przynieść powrót autora „Całej zimy bez ognia” do kina dokumentalnego. Wraz z Rafałem Skalskim szykuje obecnie film o Piotrze Chmielińskim, który jako pierwszy przepłynął kajakiem Amazonkę od źródła do Atlantyku.

Bardzo ciągnie artystę ku autentycznym postaciom i prawdziwym historiom. Być może zawdzięcza to Krzysztofowi Kieślowskiemu, z którym spotkał się podczas studiów w Łodzi. Autor „Przypadku” wywarł na Zglinskiego szczególny wpływ, twórca „Zwierząt” mówi, że czuje go do dzisiaj. Tadeusz Sobolewski uznał „Wymyk” za najważniejszą w polskim kinie od czasu „Krótkiego filmu o zabijaniu” wypowiedź na temat zła.

Codzienne wypadki nabierają tu rangi symbolicznej. Niczym fatum z greckiej tragedii ciążą nad braćmi Alfredem (Robert Więckiewicz) i Jurkiem (Łukasz Simlat). Ten drugi staje w obronie napastowanej przez bandytów w podmiejskiej kolejce dziewczyny, pierwszy nie jest w stanie zareagować na ich agresję. W następstwie zdarzeń Jurek zostaje wyrzucony z pędzącego pociągu. Trafia do szpitala z trwałymi obrażeniami, tymczasem Alfred konstruuje własną wersję zdarzeń, aby wybielić się w oczach rodziny i bliskich.

„Wymyk” otrzymał trzy nagrody na festiwalu w Gdyni (za scenariusz, debiut lub drugi film, drugoplanową rolę Gabrieli Muskały), Robert Więckiewicz stworzył w nim jedną ze swych najważniejszych kreacji, docenioną podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Z Grega Zglinskiego uczynił natomiast jedną z najciekawszych osobowości nowego polskiego kina. Nie sprawił jednak, że poczuł się on niewolnikiem ciążącej na nim presji. Na dobre zaangażował się w seriale, lubił je zresztą już wcześniej, pracując przy „Pitbullu” i „Londyńczykach”. Spod jego ręki wyszło pierwsze sześć odcinków kryminalnego „Paradoksu”, którego plan wspomina jako najprzyjemniejszy, na jakim do tej pory się znalazł. Nakręcił też pierwszy, trzy odcinkowy sezon produkowanej przez stację AXN „Zbrodni”.

Zglinski podkreśla, że seriale dają świetną szkołę warsztatu, a przy tym satysfakcję i wyzwanie z pracy z wieloma aktorami. Przestrzega jednak, że pośpiech typowy przy ich kręceniu bywa zagrożeniem dla kreatywności. A na niej zależy mu najbardziej, dlatego koniec końców wybiera kino fabularne. I nie zamierza przestać zaskakiwać. Teraz na przykład marzy o… komedii. Obiecuje, że swe marzenie spełni.

— Jacek Wakar