AKTUALNOŚCI


Dlaczego robisz filmy o miłości?

Warszawa 2030. Adam pojawia się nagle w mieście. Nie pamięta skąd i kim jest. Tajemniczy ludzie umieszczają go w opuszczonej kamienicy i załatwiają  pracę sprzątacza w biurowcu. Szybko na pawlaczu mieszkania znajduje radio z lat 50. XX wieku, które… gra przeszłość.  W pracy poznaje Gorię. On jest zamkniętym w sobie introwertykiem, ona przebojową kobietą, ale oboje nie odnajdują się w odhumanizowanej rzeczywistości, w której przyszło im żyć. On zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia, ona trzyma go na dystans. Adam odkrywa, że z pomocą radia może przenosić się w przeszłość. Podczas jednej z podróży „utyka” w 1952 roku. Goria, zdając sobie sprawę, że straciła prawdziwą miłość, postanawia odszukać Adama w przeszłości. 

CZŁOWIEK Z MAGICZNYM PUDEŁKIEM fot. Bartosz Mrozowski/ Kino Świat

Magdalena Żakowska: O jakich filmach myślałeś, kiedy pracowałeś nad scenariuszem „Człowieka z magicznym pudełkiem”?

Bodo Kox: Nie myślałem o filmach. Bardziej o „1984” Orwella i „Nowym Wspaniałym Świecie” Huxleya. Podobał mi się motyw dwójki bohaterów, którzy chcą być naprawdę razem, z dala od tego całego cyrku, który składa się na rzeczywistość, w której żyją. Oglądałem sporo filmów science fiction, ale nie szukałem w nich odniesienia. W sumie ten film jest bardzo podobny do „Dziewczyny z szafy”. Zmienili się aktorzy i sceneria.

„Dziewczyna z szafy” w wersji science fiction?

Science fiction to trochę za dużo powiedziane. W pradziejach tego pomysłu to miał być dystopijny science fiction o teoriach spiskowych. Ale w trakcie pracy nad scenariuszem zorientowałem się, że świat, rzeczywistość, lepiej realizuje katastroficzny scenariusz niż moja wyobraźnia. Dotarło do mnie, że nie chcę w czasach Trumpa, Putina i Kaczyńskiego fundować ludziom w kinie tego, co mają na TVN24 czy CNN. Wolę, żeby wyszli z kina z nadzieją. A tę nadzieję na lepsze daje miłość. Stąd zmiana. Ostatecznie jest to film o spotkaniu dwojga ludzi w beznadziejnych czasach. Zdecydowanie romans.

Głównym bohaterem jest tytułowy „Człowiek z magicznym pudełkiem”, czy kobieta, którą poznaje?

Głównym bohaterem jest on. Pojawia się w tym 2030 roku, ale kompletnie nie wie skąd i dlaczego. Zostaje umieszczony w starej opuszczonej kamienicy. Znajduje tam stare radio, które gra przeszłość. Równolegle przydzielają mu pracę, w której poznaje dziewczynę. On jest nieobecny, a ona hej do przodu. Dostrzegają siebie nawzajem natychmiast. Kiedy on zaczyna zgłębiać tajniki podróży w czasie i w końcu znika, nie wraca z wycieczki, wtedy bohaterką filmu staje się ona. I wyrusza w podróż w czasie, aby go odnaleźć.

To taki odwrócony mit o Orfeuszu i Eurydyce?

O widzisz, fajna interpretacja. Biorę.

CZŁOWIEK Z MAGICZNYM PUDEŁKIEM fot. Bartosz Mrozowski/ Kino Świat

Ile jest w tym filmie z ciebie? 

Na postać bohaterki złożyło się kilka kobiet z mojego życia. To taki „Tribute to…”. Z ust Gorii padają nawet te same zdania, które sam kiedyś usłyszałem.

A skąd radio?

Jak przenosiłem z miejsca na miejsce radio po moim dziadku – duże, ciężkie, z gramofonem – zacząłem się zastanawiać nad tym, co by było, gdyby nagle zaczęło działać i grać przeszłość. To mnie uruchomiło na tyle, że bardzo szybko powstał pierwszy treatment i scenariusz. Rzadko zdarzało mi się wcześniej takie tempo.

Jaką konkretnie katastrofę pokazujesz w tym filmie? Ekologiczną? Polityczną?

Kryzys ekonomiczny i polityczny z wieloma konfliktami zbrojnymi na całym świecie. Z pogromami muzułmanów, niepokojem społecznym i ogólnym poczuciem, że wszystko zmierza w najgorszym z możliwych kierunków. Do globalnej wojny. Ale to wszystko w dalekim trzecim planie.

Akcja rozgrywa się w dwóch przestrzeniach czasowych – w 1952 i 2030 roku. 

Przede wszystkim w przyszłości. Jakieś 80 procent filmu to 2030 rok. Pracowałem z dwoma operatorami – Arkiem Tomiakiem i Dominikiem Danilczykiem. Chciałem, żeby te dwie różne przestrzenie czasowe realizowane były przez dwóch różnych operatorów. I w zasadzie to się udało.

Czym 2030 rok różni się od 1952?

Generalnie wyszło w tym filmie na to, że te stalinowskie lata 50. XX wieku są w porównaniu z przyszłością mimo wszystko cieplejsze, fajniejsze, a ludzie mają ze sobą lepszy kontakt. Chociaż ciągła inwigilacja i poczucie zagrożenia są podobne. Ale o czym jest ten film powiem ci po premierze, jak przeczytam pierwsze recenzje.

Zawsze tak masz?

Zawsze. A potem wybieram sobie z tych recenzji najciekawsze spostrzeżenia. Chociaż oczywiście wiem, co chcę w filmie wyrazić.

Zdarza się, że recenzenci odczytują film po twojej myśli?

Bywa. Jak jest dużo recenzji to siłą rzeczy ktoś trafi.

CZŁOWIEK Z MAGICZNYM PUDEŁKIEM fot. Bartosz Mrozowski/ Kino Świat

A ty? Jesteś zadowolony z tego filmu?

Umiarkowanie.

Czemu?!

A co? Umiarkowanie to mało? Jak na mnie to bardzo dużo. Ale w tym filmie nie udało się zrealizować wszystkiego tak, jak sobie założyłem. Z pewnych rzeczy jestem bardzo zadowolony, pewne mnie frustrują.

Dlaczego?

Z prozaicznych powodów. Na początku przyjąłem zasadę zasugerowaną przez producentkę: „Pisz tak, jakbyś miał nieograniczone fundusze”. Co było oczywiście błędem. I teraz zwracam się do wszystkich młodych, piszących dla siebie reżyserów: Nie słuchajcie takich rad, piszcie ze świadomością tego, że będziecie mieli bardzo mało kasy, polska kinematografia zwykle jest na diecie. Pierwsze wersje były więc pisane z rozmachem. A kiedy wiedziałem już, że nie mam szans na zrealizowanie takiej wizji, że pieniędzy będzie mniej niż trzeba, to z science fiction akcent przeniósł się na romans. Film mój widziałem ogromny. A na koniec okazało się, że nadal jestem offowym twórcą, tylko z nieco większym budżetem.

A może polska kinematografia to taki jeden wielki off?

Możliwe. Dużo nierzetelnych ludzi wciąż pracuje w branży.

Jesteś rozczarowany?

Tak i nie. Nie lubię narzekać, a zwłaszcza publicznie. Mam 40 lat, robię swój drugi kinowy film i wciąż muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Że mam wizję swojego filmu na każdym etapie jego powstawania, czy promocji.

Jaki był budżet „Człowieka z magicznym pudełkiem”?

Bodaj 4 mln 700 tys. złotych. Dlatego to nie jest stricte film science fiction. W zasadzie jedyny taki element, który został w ostatecznej wersji scenariusza, to podróż w czasie przy pomocy tajemniczych fal radiowych.

Ile było wersji scenariusza?

Dziesięć? Miałem dwie wersje początku, koniec w zasadzie się nie zmienił, jest nawiązaniem do filmu „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy. Myślałem nawet o tym, żeby Wajdzie ten film zadedykować, ale ostatecznie dedykuję mu go w sercu, nie w napisach. Wajda przeczytał scenariusz i odesłał mi go z listem.

I co napisał?

W skrócie, że zrobienie tego filmu jest w Polsce niemożliwe, ale życzy mi powodzenia.

Myślisz, że miał na myśli tego rodzaju kłopoty, które ostatecznie cię spotkały.

Tak, dokładnie te. Zabrakło milionów i stu dni zdjęciowych. Ale ten list dodał mi otuchy i sił – że na przekór wszystkiemu, muszę ten film zrobić.

Dlaczego robisz filmy o miłości?

Pewnie z braku miłości w życiu. Chociaż myślę, że następny będzie o pieniądzach.

Rozmawiała Magdalena Żakowska

 

czytaj więcej o Bodo Koxie