AKTUALNOŚCI


Po ludobójstwie nie ma happy endów  

Akcja filmu rozpoczyna się w 1994 roku w Rwandzie. Trwają czystki etniczne. W ciągu trzech miesięcy, na oczach milczącego świata, zginie tu milion Tutsi. Dwie trzecie całej społeczności Tutsi w Rwandzie. Rodzina Claudine zostaje zamordowana w pierwszych dniach ludobójstwa. Jej udaje się cudem przeżyć. Anna, ornitolożka z Polski, przyjaciółka jej ojca, z narażeniem życia wywozi ją z Rwandy. Obie poranione psychicznie, nie potrafią odnaleźć się w życiu. Anna rezygnuje z pracy i zaszywa się na wsi. Claudine trafia do obozu dla uchodźców, gdzie próbuje popełnić samobójstwo. Ich losy ponownie łączą się, kiedy Claudine zmuszona jest opuścić ośrodek dla uchodźców. Wprowadza się do Anny, uczy się polskiego, pomaga jej prowadzić dom. Mijają lata. Życie obu kobiet z pozoru toczy się z dnia na dzień, ale obie wiedzą, że jedynym sposobem na zaleczenie rwandyjskich ran jest powrót do Kigali. Tymczasem nadchodzi wiadomość, że ludobójstwo przeżyła kuzynka Claudine i jej tłumiona latami tęsknota za domem wraca. Kobiety decydują się na podróż do Rwandy, aby tam odnaleźć kuzynkę Claudine i ciała pomordowanej rodziny.

Film będzie miał światową premierę w konkursie głównym Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach 4 lipca 2017.

zobacz oficjalny zwiastun filmu

Joanna Kos-Krauze: Przeczytaliśmy opowiadania Wojciecha Albińskiego. Jedno z nich, „Czy ktoś z państwa popełnił ludobójstwo”, dzieje się w afrykańskim nienazwanym kraju, gdzie współżyją ze sobą dwa plemiona. Można się domyślić, że chodzi o Rwandę, ale  historia, którą opisał jest przetworzona. W rzeczywistości Wojtek nigdy w Rwandzie nie był. To opowiadanie zainspirowało nas na tyle, że w 2006 roku sami zdecydowaliśmy się tam pojechać. Postanowiliśmy zobaczyć kraj, w którym toczy się historia, którą chcemy opowiedzieć. Rok później przyjechaliśmy ponownie. Potem wracałam do Rwandy już sama, Krzysztof był zbyt chory na kolejną podróż. Musieliśmy trochę pomieszkać w Afryce, w sumie 6 lat, żeby zrozumieć, że biały, starszy facet i młoda, czarna dziewczyna, jak na przykład u Albińskiego, to niedobra, postkolonialna narracja. Stereotyp. Nie chcieliśmy w ten sposób budować naszej opowieści. Nie chcieliśmy, żeby zamieniła się w love story z ludobójstwem w tle, tak jak życzyli sobie nasi amerykańscy script doctorzy. Taki afrykański „Bodyguard”. Poza tym uważaliśmy, że kobiety są ciekawsze.

Jak to?

Nie wiem. Bardziej skomplikowane? Nieobliczalne? Krzyś uważał, że całe wybitne kino – Haneke, Almodovar czy von Trier – to kino o kobietach. I zdecydowanie za mało takich bohaterek w polskim kinie.

Czy już wtedy, na tym pierwszym etapie, zamierzaliście zrobić film o żałobie?

Tak. To było jeszcze przed „Pokłosiem”, krążyliśmy jakoś wokół tematu Holocaustu, uważaliśmy, że taki film był wtedy bardzo potrzebny. To działo się na poziomie przeczucia, chyba tylko Kapuściński pisał o tym wprost, że wraz z procesem globalizacji odradzają się nacjonalizmy, że to może być niebezpieczne. A potem przyszedł kryzys ekonomiczny, mieliśmy problemy z zebraniem budżetu, wycofali się amerykańscy koproducenci i odłożyliśmy ten projekt na półkę. I nagle w 2012 roku pojechaliśmy na festiwal Era Nowe Horyzonty i coś się odblokowało. Naoglądaliśmy się tam innego, odważnego kina, które zawsze na tym festiwalu jest odkrywcze, wybiega daleko ponad kinowy produkt – to jest takie kino, które czasem staje się traktatem filozoficznym, czasem esejem. Dla mnie to najciekawsze, bo jak słyszę o trójaktowym podziale filmu to już mnie szlak trafia.  Przeprowadziliśmy też wtedy na ENH wiele rozmów z Belą Tarrem i Kubą Duszyńskim i w głowie otworzyła nam się nowa przestrzeń. Postanowiliśmy przepisać ten scenariusz po raz kolejny. Z podstawowym pytaniem jak żyć po ludobójstwie?

W czołówce i napisach końcowych filmu jesteście wymienieni jako współreżyserzy. Ale kiedy zaczęły się zdjęcia do „Ptaków…” Krzysztof był już bardzo chory. Na planie był zaledwie kilka dni.

Ale scenariusz pisaliśmy razem. Krzysztof był na wszystkich dokumentacjach. Mieliśmy wspólne wyobrażenie tego, jak ma ten film wyglądać. Wiedzieliśmy oboje, że on nie będzie już w stanie pojechać na zdjęcia do Rwandy, liczyliśmy, że będzie na tych w Polsce. Ostatecznie zrezygnował po 6 dniach. Ale to jest jego film, tak samo jak mój. Jasne, że począwszy od reżyserii, a skończywszy na montażu, zrobiłam ten film już bez niego. Ale wcześniej pracowaliśmy nad nim wspólnie 6 lat. W trakcie powstawania „Ptaków…” odszedł też Krzysztof Ptak. Ale uważam, i zdania nie zmienię, że jest on głównym operatorem tego filmu. Mimo że zrobił pewnie tyle zdjęć, co Józefina Gocman i Wojtek Staroń. Ale wcześniej pracował nad nim 6 lat na etapie budowania koncepcji artystycznej i technologicznej. To on i jego odważne pomysły pozwoliły nam zrealizować w ogóle ten film. Mieliśmy budżet 5 mln 300 tys. Eksperci uważali, że w takim budżecie ten film jest niewykonalny. Jego wkład jest nieoceniony. Miałam w napisach wbudować ich nazwiska w ramki? Postawić obok krzyżyki? Nie.

A nie jest tak, że po śmierci Krzysztofa ten film jest też o innej żałobie? Twojej? Że jednak się zmienił?

Nie. Nie ma żadnych zmian w scenariuszu. Wszystko jest dokładnie tak, jak było. Każdy dialog. Być może pisaliśmy go w przeczuciu tego, co nastąpi.

Nie brakuje ci w tym filmie nadziei?

Uważasz, że w tym filmie nie ma nadziei? Ja uważam, że jest. Dużo więcej niż na przykład w naszej „Papuszy”. Tam pokazaliśmy świat, który już nie istnieje. Zginął bezpowrotnie. Ten świat się odradza. Tu nie ma żadnych happy endów. Po ludobójstwie nie ma happy endów.

PTAKI ŚPIEWAJĄ W KIGALI mat. pras.

Uczestniczyłaś w ekshumacjach?

Tak. Początkowo chcieliśmy pokazać ekshumacje, bo one wciąż trwają. Liczba masowych grobów jest w tym kraju olbrzymia. Udało mi się dostać zezwolenia rządu rwandyjskiego na filmowanie miejsc, gdzie są złożone szczątki ofiar. Ale właśnie w momencie, kiedy dostałam to zezwolenie, zrozumiałam, że nie mogę tego pokazać.

Dlaczego?

Bo to nie w porządku wobec tych ludzi. Te kości są udręczone. Tam nikt nie umarł godnie. Ćwiartowanie, znęcanie się, gwałty, skala przemocy, która towarzyszyła temu ludobójstwu była olbrzymia. Za każdą z tych kości stało czyjeś życie, czyjeś upokorzenie i ból. Niemal każdy w Rwandzie był ofiarą albo mordercą. I każdy tego ludobójstwa jakoś doświadczył. Na planie naszego filmu cały czas obecny był psycholog od traumy. Dokładnie wiedzieliśmy, kto w naszej ekipie był w bojówkach Interahamwe [bojówki Hutu –przyp. red.], kto był ofiarą i przeszedł niewyobrażalne z naszej perspektywy rzeczy. To zdarzyło się zaledwie 23 lata temu. Nie potrafiłabym tych kości użyć na potrzeby filmu fabularnego.

Decyzję tę podjęłaś już po śmierci Krzysztofa.

Tak. Może to też miało jakiś związek. Może było za blisko mnie? Może na poziomie artystycznym to był zły wybór, ale nie mogłam postąpić inaczej.

Przeciwnie. Ten film jest niezwykły właśnie dlatego, że opowiadając o ludobójstwie w zasadzie go nie pokazujecie i w niczym nie odejmuje to grozy tej historii.

Jest coś nieetycznego w odtwarzaniu scen ludobójstwa. Wspaniale pisał o tym Claude Lanzmann. Z kolei Theodor W. Adorno zadał pytanie, czy po Holocauście można jeszcze pisać poezję. Dla nas to było bardzo ważne pytanie. Musieliśmy znaleźć swój własny język, żeby to wszystko opowiedzieć. Pokazujemy jedną scenę zabójstwa ojca Claudine. Ale bardzo oszczędnie. Postawiłam sobie wyraźną granicę tego, co chcę, co mogę pokazać. I nigdy bym się za nią nie posunęła.

W tej scenie nie widać twarzy oprawców. 

Bo pokazanie ich twarzy byłoby nadużyciem. Zbrodnia na taką skalę nie ma twarzy.

Kiedy oglądałam wasz film, automatycznie zadałam sobie pytanie, czy Eliane Umuhire, która gra Claudine, jest Tutsi czy Hutu. Czy to już rasizm?

Z ich perspektywy tak. Za takie pytania, za wracanie do plemiennych podziałów sprzed ludobójstwa, grozi w Rwandzie 25 lat.

Wasz film bardziej niż o ludobójstwie opowiada o jego skutkach. Stawia pytanie jak z tym, jak po tym żyć, czy wyjście z żałoby jest możliwe. Ale mam wrażenie, że jest też bardzo osobisty – mówi o żałobie rwandyjskiej, ale też twojej osobistej.

Na pewno. Szukałam tego powinowactwa żałoby. I nagle zrozumiałam, że fakt, że możesz umrzeć we własnym łóżku, otoczona przyjaciółmi i opieką jest wielkim przywilejem. Nawet we współczesnym świecie. W Rwandzie zrozumiałam, jak to jest strasznie dużo, dostać w życiu godną śmierć.

Rozmawiała Magdalena Żakowska

zobacz oficjalną stronę filmu

Dowiedz się więcej o pokazach filmu „Ptaki śpiewają w Kigali” w Karlowych Warach

czytaj więcej o Joannie Kos Krauze

czytaj więcej o Krzysztofie Krauze